W listopadowym numerze magazynu Prestiż Szczecin ukazał się wywiad ze mną, zatytułowany tak, jak sam od dawna mówię o swojej twórczości: „Fotograf, który zdradził fotografię”. To nie jest slogan wymyślony na potrzeby promocji. To w skrócie cała moja historia – droga od trzydziestu lat w reklamie do miejsca, w którym dziś jestem: pomiędzy fotografią a malarstwem, w obszarze, który najbliżej mi nazwać słowem fotografika.
Od kadru do obrazu
W rozmowie dla Prestiżu opowiadam, jak to się stało, że przestałem gonić za „idealnym ujęciem”, a zacząłem budować obrazy z kilku, czasem kilkunastu fotografii. Interesuje mnie moment po zrobieniu zdjęcia – kiedy pliki lądują w komputerze, a ja zaczynam z nimi pracować jak z klockami.
Zamiast jednego kadru powstaje kompozycja złożona z warstw: fragment kory, rdzy, piasku, wody, czasem kawałek nieba albo odbicie w szybie. To z nich rodzi się fotografika – obrazy, które nie są klasyczną fotografią, ale też nie chcą udawać malarstwa cyfrowego.
Wszystko, co widać, zaczyna się w rzeczywistości, w uchwyconym świetle, fakturze i kolorze. To dopiero później staje się tym, co nazywam swoją sztuką.
„Zdrada”, która okazała się początkiem
W wywiadzie dla Prestiżu mówię wprost: przestałem wierzyć, że moim zadaniem jest dokumentować świat. Bardziej interesuje mnie to, co zostaje w głowie i w emocjach, kiedy scena już dawno zniknie. Dlatego „zdradziłem” fotografię rozumianą tradycyjnie – reportażową, dokumentalną, nastawioną na jeden decydujący moment.
Ta zdrada nie oznacza odrzucenia aparatu. Przeciwnie – wciąż fotografuję, ale traktuję aparat jak jeden z etapów procesu. Zdjęcie jest dla mnie materiałem, nie celem. Dopiero z kilku kadrów powstaje właściwy obraz, który trafia na papier.
Od pliku do obrazu: DigiGraphie
W tekście w Prestiżu pojawia się też ważny dla mnie wątek techniczny. Moje prace powstają cyfrowo, ale nie żyją tylko na ekranie. Drukuję je w standardzie DigiGraphie® by Epson ( często spotykanym również jako zapis DigiGraphie ) – to forma druku pigmentowego na papierach o jakości muzealnej.
Każda praca ma limitowaną edycję, jest numerowana i sygnowana. To ważne, bo dzięki temu fotografika staje się pełnoprawnym obiektem kolekcjonerskim, a nie tylko plikiem w komputerze. Dla wielu osób, które dopiero poznają moją sztukę, to kluczowa informacja: nie kupują „ładnego wydruku”, lecz oryginalne dzieło przygotowane w profesjonalnym standardzie archiwalnym.
Dlaczego ten wywiad jest dla mnie ważny
Cieszę się, że to właśnie Prestiż Szczecin zaprosił mnie do rozmowy. To magazyn, który od lat opisuje lokalną sztukę, kulturę i ludzi, którzy próbują iść swoją drogą. Moja historia – człowieka po sześćdziesiątce, który po latach pracy w reklamie szuka dla siebie nowego wizualnego języka – idealnie wpisuje się w ten kontekst.
Ten wywiad nie jest więc tylko o mnie. To również opowieść o tym, że w świecie pełnym gotowych kategorii wciąż jest miejsce dla kogoś, kto nie pasuje ani do szufladki „fotograf”, ani do szufladki „malarz”. Dla kogoś, kto pracuje na styku mediów, miesza techniki, szuka własnej definicji tego, czym może być współczesna sztuka obrazu.
Paradoksalnie: gdy „zdradziłem” fotografię, zacząłem ją na nowo szanować. Zrozumiałem, że to nie aparat mnie ograniczał, ale moje myślenie o tym, co wolno w fotografii. Dziś nie zadaję już pytania „czy to jeszcze zdjęcie?”, ale „czy ten obraz działa na kogoś poza mną?”.
Jeśli tak się dzieje to cała reszta jest mniej istotna.
Po więcej zapraszam do magazynu „Prestiż”
Wywiad „Fotograf, który zdradził fotografię” ukazał się w listopadowym numerze magazynu Prestiż Szczecin. Zdjęcia i pełny tekst rozmowy znajdziesz w wersji drukowanej oraz online, pod adresem:
https://prestizszczecin.pl/magazyn/200/design/fotograf-ktory-zdradzil-fotografie









