Ktoś mówi: „Fajny ten obraz. Naprawdę fajny. Ale… drogo, jeszcze mnie nie stać.” I zwykle wtedy robi się krótka cisza, jakbyśmy obaj/oboje wiedzieli, że temat jest delikatny. Bo mówić o pieniądzach w sztuce jest niezręcznie. Ba, jest jeszcze gorzej, bo przecież chodzi o rzecz, która „nie jest konieczna do życia”.
Tylko że ja mam z tym problem: sztuka nie jest konieczna do życia… a jednak ludzie od tysięcy lat próbują ją mieć obok siebie. W domach, świątyniach, pałacach, a dziś w mieszkaniach, które są jednocześnie biurem, azylem, czasem sceną – patrz influenserzy :). Więc zamiast udawać, że „cena nie ma znaczenia”, wolę postawić uczciwe pytanie:
Za co właściwie płacimy, kupując obraz?
Za rzecz, która nie znika
Większość zakupów ma w sobie coś jednorazowego. Telefon po dwóch latach jest już „stary”. Ubranie po sezonie jest „niemodne”. Mebel po czasie staje się tłem. A obraz robi coś odwrotnego: on nie jest do zużycia – on ma zostać. I to nie jest metafora. To jest praktyka codzienności: patrzysz niby na to samo, ale nie zawsze widzisz to samo. Raz Cię uspokaja, raz wkurza, raz przypomina o czymś, a raz jest po prostu cichą obecnością. I to jest jego siła.
Za decyzję, która jest Twoją decyzją
To będzie trochę niewygodne, ale warto to powiedzieć wprost: kiedy kupujesz pracę znanego nazwiska, kupujesz też część komfortu społecznego. Bo co tu kryć, nazwisko robi robotę: „To Olbiński.” „To Fangor.” „To wiadomo Ten…”
A kiedy wybierasz pracę mniej znanego twórcy, to jest najbardziej Twój wybór. Nie możesz i nie musisz się chować za cudzym autorytetem. To nie znaczy, że to jest lepsze niż prace znanych artystów, to znaczy, że to bardziej osobiste, Twoje. I wiem, że dla wielu osób to jest właśnie blokada: „A co, jeśli się pomylę?” „A co, jeśli ktoś powie, że to tylko dekoracja, a nie żadna sztuka, że przepłaciłem?” Nie traktujmy zakupu obrazu jak egzaminu. Bo to nie jest egzamin. To jest wybór rzeczy, z którą chcesz żyć.
Za rzadkość, która ma znaczenie
Tu dochodzimy do konkretu, bez magii. Moje prace przygotowuję w bardzo limitowanych edycjach, bo chcę by nabywca poczuł, że ma coś wyjątkowego nie tylko pod względem artystycznym, ale ma też coś unikalnego. Sygnowanie, numerowanie, dołączenie certyfikatu do każdej mojej autorskiej fotografiki ma to wspomagać.
Druk w standardzie DigiGraphie by Epson nie jest po to, żeby brzmieć dumnie w opisie. On jest po to, żeby dać temu obrazowi podstawę: wiarygodność. „Ładny obraz” można dziś wygenerować, kupić, skopiować, powielić. A kolekcjonerska praca powinna mieć jasną odpowiedź na pytanie: ile jest takich egzemplarzy i kto bierze za nie odpowiedzialność. To jest ta różnica, którą widać dopiero wtedy, gdy zaczynasz myśleć o obrazie nie jako o pliku, tylko jako o obiekcie.
Za poczucie „jestem wcześniej”
Jest jeszcze rzecz, o której rzadko mówi się głośno, ale działa mocno. Kupno pracy mniej znanego artysty ma w sobie element bycia „wcześniej”. Nie mądrzej, nie lepiej, po prostu: wcześniej. To tak jak odkrycie muzyki, której nie puszczają jeszcze w każdym radiu.
Masz w domu coś, co nie jest oczywiste. Co nie jest z katalogu ładnych ścian.









