Od lat śpiewam w chórze. Muzyka to mój świat. Wiem, jak brzmią głosy, które osobno są zwyczajne, a razem nagle układają się w coś, co sprawia, że przez ciało przechodzi dreszcz.
Z obrazami jest bardzo podobnie. Różnica jest tylko jedna: zamiast głosów mam warstwy zdjęć.
Obraz jak utwór, nie jak pojedyncza nuta
Klasyczna fotografia często szuka „tego jednego momentu”. Jednego kadru, jednego kliknięcia, jednej historii. U mnie rzadko kiedy to wystarcza.
Dla mnie pojedyncze zdjęcie jest jak jedna nuta, może być piękna, ale dopiero zestawione z innymi zaczyna naprawdę grać. Dlatego moje prace zwykle powstają z kilku, czasem kilkunastu kadrów.
Kawałek kory z lasu, odbicie światła w wodzie, rdzawa blacha, piasek na plaży, ślad po deszczu na korze.
Osobno, notatki. Razem, kompozycja.
Nie interesuje mnie poprawna „melodia fotograficzna”, która wszystkim się podoba. Bardziej interesuje mnie napięcie między warstwami: coś pod spodem postrzępione, na wierzchu gładkie; ciepły kolor obok zimnego; rytm, który prawie się rozpada, ale jednak trzyma całość.
Rytm, pauzy i cisza między obrazami
W muzyce ważne są nie tylko dźwięki.
Ważne są też pauzy.
W obrazie działa to podobnie. Jeśli wszystko jest równie ważne, równie ostre, równie kolorowe, w pewnym momencie przestajemy widzieć cokolwiek.
Dlatego lubię zostawiać przestrzeń: fragment „pusty”, spokojniejszy, który pozwala odpocząć oku. Coś w rodzaju wizualnej pauzy. Dopiero wtedy faktura, kolor czy detal mają sens, tak jak pojedynczy dźwięk po chwili ciszy.
Czasem to jest mały czerwony punkt na tle chłodnych błękitów.
Czasem żółty krąg „słońca” w gęstej, ciemnej materii.
Czasem jedna, spokojna forma wśród bałaganu.
To są moje akcenty. Jak wejście solowego głosu w chórze.
Dlaczego nie lubię „ładnych tapet”
Muzyka, której słucham i którą śpiewam, rzadko bywa tłem.
Albo jestem w niej cały, albo wcale.
Tak samo jest z obrazami. Nie interesuje mnie tworzenie „ładnych rzeczy do wypełnienia ściany”. Od tego są banki zdjęć i wszechobecna IKEA. (Osobiście do IKEI nic nie mam)
Lepiej jest, kiedy obraz trochę przeszkadza. Nie krzyczy, ale nie daje o sobie zapomnieć.
Tak jak utwór, który nagle zatrzymuje cię w tym, co robisz, i musisz choć na chwilę przestać przewijać ekran i posłuchać.
Jak słuchać obrazu
Kiedy ktoś pyta mnie, „co ten obraz przedstawia”, coraz częściej odpowiadam:
„Nie wiem, co przedstawia. Wiem, jak na mnie działa.”
Zachęcam, żeby patrzeć na obraz trochę jak na muzykę:
Czy chcesz przy nim zostać dłużej?
Czy wraca do ciebie, kiedy przestajesz na niego patrzeć?
Czy zmienia Ci nastrój, chociaż nie umiesz tego nazwać?
Jeśli tak, to znaczy, że „zagrało”.
Nie trzeba szukać tytułu, znaczenia, klucza.
Co zostaje po wybrzmieniu
W muzyce ciekawe jest to, co zostaje po ostatnim dźwięku. W obrazie, to co zostaje w tobie, kiedy idziesz zrobić herbatę, a ten obraz jeszcze gdzieś się kołacze pod powiekami.
Moje prace rodzą się z patrzenia, ale kończą w czymś bardzo podobnym do słuchania. Może dlatego tyle w nich rytmu, powtarzających się motywów np. w obrazach: „Ławica”, „Szczeciński paprykarz”, „Headphones”, „New York, New York!”.
To nie są ilustracje muzyki. To bardziej jej wizualne odpowiedniki. Jeśli kiedyś poczujesz, że któryś z moich obrazów „brzmi” jak twój ulubiony utwór, to znaczy, że lubimy słuchać i patrzeć podobnie.









