„To nie sztuka, to dekoracja” – czyli wyrok bez rozmowy
Przyznam: najpierw mnie to wkurzyło. Nie dlatego, że nagle zwątpiłem we wszystko, co robię. Tylko dlatego, że to zdanie jest zwykle wypowiadane tonem ostatecznym, jakby ktoś właśnie zamknął sprawę jednym ruchem ręki, bez potrzeby dalszej rozmowy. A przecież to nie jest żaden argument. To jest pójście na skróty.
Bo co właściwie znaczy „dekoracja”? Że coś dobrze wygląda na ścianie? Że porządkuje przestrzeń? Że ktoś chce z tym żyć na co dzień? Jeśli tak, to mam złą wiadomość dla wszystkich obrońców „czystej sztuki”: przez większą część historii sztuka właśnie to robiła.
Sztuka od zawsze żyła w przestrzeni
Była w domach, pałacach, kościołach, gabinetach, salach, nie tylko w katalogach i opowieściach kuratorskich. Dlatego, kiedy słyszę „to dekoracja, nie sztuka”, mam ochotę zapytać: A co dokładnie Pan/Pani ocenia? Obraz? Rynek? Dyplom autora? Własny gust? Profil galerii?
Kto ma prawo nazywać coś sztuką?
Spór o sztukę rzadko dotyczy wyłącznie samego dzieła. Dotyczy także tego, kto ma prawo nazwać coś sztuką i na jakiej podstawie. Widz? Kolekcjoner? Galerzysta? Kurator? Akademia? Rynek? Każdy z nich patrzy z innego miejsca. I każdy ma prawo do swojego kryterium. Problem zaczyna się wtedy, gdy jedno kryterium zaczyna być tym jedynym uprawnionym.
Nie każda sztuka działa tak samo
Nie twierdzę oczywiście, że wszystko jest sztuką. Nie jest. Są rzeczy robione wyłącznie jako efekt, ozdoba, tło, „ładność”. Tak samo jak są teksty pisane tylko po to, żeby zapełnić miejsce. Ale równie nieuczciwe jest udawanie, że jeśli praca działa we wnętrzu, to automatycznie spada do kategorii „gorsza”.









