Rok temu po raz pierwszy znalazłem się na wystawie „Mistrz i Morze”, organizowanej przez Jolę Szczepańską-Andrzejewską i jej galerię ArtGalle. Była to XIII edycja tej wystawy, a ja występowałem w roli debiutanta. Pokazałem wtedy dwie fotografiki: „Queen of the Dune” i „Cesarza”. Było to dla mnie ważne doświadczenie. Nie tylko dlatego, że po raz pierwszy moje prace znalazły się w tym gronie. Obie znalazły również swoich nabywców, więc debiut okazał się całkiem konkretny.
Minął rok.
XIV edycja „Mistrza i Morza”.
I jestem znowu.
Tym razem pokazuję „Posejdona” i „Brainstorm”.

Brain Storm fotografika ryszard filipowicz
Czyli jednak coś dwa razy się zdarzyło.
Debiutant drugi raz?
Przez lata Jola trzymała się ciekawej zasady: obok artystów już znanych i obecnych w kolejnych odsłonach projektu pojawiał się ktoś nowy. Debiutant. Często twórca związany ze Szczecinem, któremu wystawa dawała możliwość pokazania swojej pracy obok autorów o znacznie dłuższej historii wystawienniczej.
Rok temu taką osobą byłem ja. W tym roku debiutuje Anna Kwiecień, szczecińska akwarelistka, którą znam od prawie dziewięciu lat. I tutaj historia robi małą pętlę. Poznaliśmy się nie w galerii, nie na plenerze i nawet nie przy farbach. Spotkaliśmy się podczas prób do występu chóru miejskiego przy produkcji opery „Pajace”.
Ja po tych próbach zostałem przy śpiewaniu. Ania poszła w inną stronę. Zrezygnowała z chóru i coraz mocniej zajęła się malarstwem, przede wszystkim akwarelą. Dzisiaj prowadzi własną pracownię, uczy akwareli i konsekwentnie rozwija swoją twórczość. A teraz jej prace pojawiły się na „Mistrzu i Morzu”. Zabawne, że po latach spotykamy się ponownie – już nie na próbie chóru, tylko na wystawie. Wychodzi na to, że drogi artystyczne bywają równie mało przewidywalne jak moje zawodowe.
A ja? Debiutant, czeladnik czy już mistrz?
No właśnie.
Skoro rok temu byłem debiutantem, to w tym roku chyba wypadałoby zmienić kategorię. Mistrz?
Spokojnie.
Nie będę się rozpędzał.
Może więc czeladnik.
To określenie nawet mi się podoba. Ktoś, kto już trochę umie, ma własne narzędzia i sposób pracy, ale nadal ma sporo do zobaczenia, sprawdzenia i nauczenia się. Tym bardziej że za chwilę zaczynam studia magisterskie z malarstwa na Akademii Sztuki w Szczecinie, więc sytuacja robi się jeszcze zabawniejsza: z jednej strony po raz drugi pojawiam się na wystawie pod tytułem „Mistrz i Morze”, a z drugiej za kilka dni znowu będę studentem. Życie najwyraźniej nie przywiązuje się przesadnie do hierarchii.
W dobrym towarzystwie
Tegoroczna wystawa ponownie pokazuje bardzo różne sposoby opowiadania o morzu. Są tu artyści różnych pokoleń, różne techniki i zupełnie odmienne języki wizualne. Wśród uczestników pojawiają się m.in. Małgorzata Kalińska, Jacek Sroka, Waldemar Marszałek, Marta Wojciechowska czy Bogdan Bartkowski. I, co przyznaję z pewną przyjemnością, w relacji szczecińskiego magazynu „Prestiż” w tym samym zestawieniu nazwisk pojawia się także Ryszard Filipowicz. Nie zamierzam na tej podstawie dopisywać sobie przed nazwiskiem „mistrz”. Ale dobrze zobaczyć własne nazwisko w takim sąsiedztwie. Zwłaszcza jeśli pamiętam, że jeszcze rok wcześniej wchodziłem na tę wystawę jako ten nowy.
Morze nie musi wyglądać jak morze
To zresztą jedna z rzeczy, które najbardziej lubię w formule „Mistrza i Morza”. Morze nie oznacza tutaj obowiązkowo statku, latarni morskiej, żagli i zachodu słońca. Może być wspomnieniem, kolorem, rytmem, materią, ruchem, symbolem albo tylko początkiem skojarzenia.
To jest mi bardzo bliskie. Moje fotografiki również nie są próbą wiernego pokazania świata. Zaczynam od własnej fotografii, ale później traktuję ją jak materiał. Rozkładam, łączę, nakładam warstwy, zmieniam kolor i znaczenie. Czasem źródło pozostaje jeszcze łatwe do odczytania, czasem znika niemal zupełnie. Dlatego „Posejdon” i „Brainstorm” nie są klasyczną marynistyką.
W „Posejdonie” morski trop jest bardziej bezpośredni — zaczyna działać tytuł, forma i skojarzenie z figurą władcy morza. „Brainstorm” prowadzi już gdzie indziej. Jest bardziej nerwowy, gęsty, pełen splątanych struktur i impulsów. Morze można tu znaleźć bardziej przez ruch, energię i pewien kontrolowany chaos niż przez konkretny motyw.
Właśnie takie rozumienie tematu najbardziej mnie interesuje. Nie ilustracja hasła, tylko możliwość potraktowania go jako punktu wyjścia.
Czternasta odsłona tej samej opowieści
„Mistrz i Morze” istnieje od 2013 roku i przez kolejne edycje stał się jednym z rozpoznawalnych projektów ArtGalle. Każdego roku zmieniają się prace, część nazwisk, techniki i interpretacje, ale morze pozostaje wspólnym mianownikiem.
Tegoroczna, XIV edycja odbywa się w przestrzeni kompleksu Posejdon w Szczecinie. To również ciekawy kontekst. Sztuka po raz kolejny wychodzi poza klasyczną galerię i spotyka widza w przestrzeni miasta. Sam coraz bardziej lubię takie sytuacje. Niedawno moje prace wisiały w salonie wnętrzarskim podczas wystawy „ECHO / Las w salonie”. Teraz trafiają do Posejdona. Za każdym razem zmienia się otoczenie, a razem z nim sposób patrzenia na obraz.
Obraz nie istnieje przecież wyłącznie w pracowni czy na ekranie komputera. Dopiero kiedy trafia na ścianę i zaczynają oglądać go inni ludzie, pojawiają się interpretacje, których autor czasem w ogóle nie przewidział. I dlatego nadal chce mi się wystawiać.
Co dalej?
Rok temu na „Mistrzu i Morzu” byłem debiutantem.
W tym roku moje prace pojawiają się tam po raz drugi.
Za kilka dni zaczynam studia magisterskie z malarstwa.
Nie wiem więc dokładnie, w którym miejscu drogi jestem.
I prawdę mówiąc, coraz mniej mi to przeszkadza.
Może rzeczywiście najuczciwiej będzie zostać przez jakiś czas przy tym czeladniku.
Bo mistrz brzmi bardzo zobowiązująco.
A debiutantem trzeci raz chyba już naprawdę nie wypada.
Wracając więc do Szymborskiej:
nic dwa razy się nie zdarza?
Czasami się zdarza.
I dobrze










