W szczecińskiej Starej Rzeźni trwa wystawa „Inna fotografia”. Bierze w niej udział około czterdziestu autorów, a już sam tytuł dobrze podpowiada, czego można się spodziewać. Nie jest to wystawa jednego sposobu fotografowania ani jednego rozumienia fotografii.
Są tu bardzo różne techniki, sposoby pracy i pomysły na wykorzystanie aparatu fotograficznego. Dla jednych fotografia pozostaje zapisem rzeczywistości, dla innych punktem wyjścia do dalszych przekształceń.
Czasem najważniejszy jest moment, czasem konstrukcja obrazu, eksperyment, światło, ruch albo forma. Aparat raz jest świadkiem, innym razem narzędziem do stworzenia czegoś, czego w rzeczywistości w takiej postaci nigdy nie było.
I właśnie dlatego dobrze się na tej wystawie czuję. Pokazuję tam dwie moje fotografiki: „Ale mamy siebie” i „Headphones”. Obie są zupełnie inne od prac, które pokazywałem niedawno na „Lesie w salonie”. Tam źródłem była przede wszystkim natura. Tutaj wchodzę w obszar bardziej ludzki, miejski, czasem niemal abstrakcyjny. Ale sposób myślenia pozostaje ten sam.
Zaczynam od własnej fotografii. Potem przestaję traktować ją jak coś nienaruszalnego. Rozkładam obraz na części, nakładam warstwy, zmieniam kolor, przesuwam znaczenia, czasem zostawiam niewiele z tego, co na początku można było rozpoznać. Interesuje mnie moment, w którym zdjęcie przestaje odpowiadać na pytanie „co zostało sfotografowane?”, a zaczyna działać jako samodzielny obraz. Dlatego od dawna używam określenia fotografika, bo samo słowo „fotografia” często nie wystarcza do opisania tego, co robię.
Dwie prace, dwa różne światy
„Ale mamy siebie” jest pracą bardziej narracyjną. Wśród tłumu pojawia się relacja między dwiema postaciami. Można patrzeć na wszystkich ludzi wokół, ale wzrok i tak wraca do tej pary. Dla mnie to obraz o czymś bardzo prostym: można być w środku tłumu, chaosu, ruchu, a mimo wszystko mieć własny mały świat.
„Headphones” działa zupełnie inaczej. Tutaj ważniejsze są rytm, powtórzenia, kręgi i nakładające się struktury. Obraz zaczyna żyć gdzieś pomiędzy przedmiotem, mechanizmem, dźwiękiem i abstrakcją. Źródło fotograficzne nadal istnieje, ale przestaje być najważniejsze. I może właśnie zestawienie tych dwóch prac dobrze pokazuje to, co interesuje mnie w fotografice najbardziej: nie mam jednego tematu, do którego muszę stale wracać. Mam raczej jeden sposób patrzenia i budowania obrazu.
Czy fotografia musi wyglądać jak fotografia?
To pytanie wraca do mnie od dawna.
Bardzo często osoby oglądające moje prace dopiero po chwili dowiadują się, że ich podstawą jest fotografia. Czasem słyszę: „Byłem przekonany, że to malarstwo” albo „Myślałem, że to grafika”.
I właściwie bardzo mnie to cieszy. Nie chcę udawać malarza. Chodzi raczej o to, że fotografia przestaje być dla widza oczywistą odpowiedzią. Zaczyna się chwila niepewności: czym właściwie jest ten obraz? Wystawa „Inna fotografia” pokazuje, że takich odpowiedzi może być wiele.
Czterdziestu autorów oznacza czterdzieści różnych sposobów korzystania z aparatu, obrazu i fotograficznego zapisu. Niektóre prace są blisko klasycznej fotografii, inne odchodzą od niej bardzo daleko. I właśnie ta różnorodność jest chyba największą wartością tej wystawy.
Podczas wernisażu można było nie tylko oglądać prace, ale także spotkać ich autorów i rozmawiać o tym, gdzie dziś przebiegają – jeśli jeszcze w ogóle przebiegają – granice fotografii. Panel dyskusyjny poświęcony różnorodności fotograficznych dzieł dobrze pokazał, że nie ma już jednej prostej odpowiedzi na pytanie, czym fotografia powinna być.
I dobrze. Bo gdybyśmy już dokładnie wiedzieli, czym ma być fotografia, chyba zrobiłoby się trochę nudno.










